Zamknij
REKLAMA

Co słychać u... Romana Kłosowskiego?

10:27, 03.02.2018 | S.T
REKLAMA
Skomentuj

W naszym cyklu staramy się docierać do ludzi dawniej związanych z Gniewkowem, a dziś żyjących dalej lub bliżej od naszej gminy. Porozmawiamy też z osobami, które wciąż są naszymi sąsiadami, lecz nie pełnią już funkcji publicznych.

Dziś czas na Romana Kłosowskiego. Jest to jednak odcinek nieco inny od poprzednich. Kontaktując się z naszym bohaterem, nie spodziewaliśmy się takiej reakcji. Pan Roman przesłał nam pełną anegdot, ciekawostek i wspomnień historię swojego życia, w którym Gniewkowo odgrywa kluczową rolę. Ale odpowiedzi na tradycyjne pytania też są.

Zapraszamy do lektury.

Urodziłem się w rodzinie, w której sport zajmował ważne miejsce. Ojciec Marian wraz z braćmi Henrykiem i Mieczysławem grali w piłkę nożną w gniewkowskich Sokołach. Pierwsze stroje mieli uszyte ze spadochronów i pomalowane farbą. Jest w tym coś pięknego, bo gdy padał deszcz, to zawodnicy mieli kolory farby na plecach. Ja jednak wybrałem tenis stołowy, ponieważ poszedłem w ślady starszych braci Józefa i Andrzeja. Miałem bardzo blisko do „Areny Bóżnica” przy ulicy Podgórnej (mała salka, w której nieraz trzeba było grać w rękawiczkach zimą. Była ona bardzo rzadko opalana węglem, ale miała dla nas duże znaczenie). W latach 60. i 70. tenis stołowy był bardzo popularną dyscyplina sportu nie tylko w gniewkowskim środowisku, ale w Polsce. Pierwszym i ostatnim trenerem był dla mnie na zawsze legenda na Pomorzu i Kujawach Ryszard Skowroński (Honorowy Obywatel Gniewkowa), który wyznawał zasadę „czystego sportu amatorskiego”, w myśl słów barona Pierre’a de Coubertin, twórcy nowożytnych igrzysk olimpijskich. Tenis stołowy trwale wpisał się w historię miasta Gniewkowa. Pamiętam mój pierwszy mecz międzynarodowy. Miałem wtedy 13 lat. Graliśmy z zespołem z NRD Aktivist Stassfurt w „Arenie Bóżnica” (można teraz trochę się pośmiać, ale taka prawda) na jednym stole pięć godzin. Mecz, przy nadkomplecie publiczności (tak można określić) zakończył się wynikiem remisowym 6:6.

Każdy klub ma wzloty i upadki. Kryzys dopadł też Start-Unię Gniewkowo (miało to podłoże finansowe – w tamtych czasach były inne formy wspierania finansowego sportu wyczynowego, nie tak jak obecnie, kiedy kluby są wspierane przez samorządy lokalne). Byłem wtedy już ukształtowanym zawodnikiem i najlepszym w tej grupie. Chciałem się uczyć od najlepszych. Dlatego w 1968 roku wraz z Błażejem Tepperem przenieśliśmy się do Noteci Mątwy, w barwach której w 1971 roku wraz z Błażejem byliśmy o krok od medalu drużynowych mistrzostw Polski juniorów. Niestety, po ciężkim boju przegraliśmy z zespołem Pabianic 4:5. Na osłodę pozostały nam wygrane  pojedynki zawodnikami z reprezentacji Polski: ja pokonałem Ozimka, a Błażej Kaniaka.

Dla mnie mecze w Gniewkowie były szczególne. Miałem swoich fanów, ale najbardziej zapamiętałem pana Mariana Dopierałę (były świetny koszykarz, prowadził księgarnię Dom Książki w Gniewkowie przy ul. Dworcowej ) oraz pana Jana Jańczaka (był też kierownikiem zespołu piłkarzy Startu-Unii Gniewkowa), którzy znali się na sporcie. Byłem typem zawodnika, który w tamtych czasach grał dla publiczności, widowiskowo, dwa-trzy metry od stołu (nieraz przegrałem przez to wygrane partie, ale z perspektywy czasu nie żałuję, bo kibice przychodzą na show). Wzorem był Andrzej Grubba (tytan pracy i wzór do naśladowania), z którym miałem świetne przyjacielskie układy i nawet jeździłem do Gdańska na wspólne treningi. Jego niespodziewana śmierć była wielką stratą dla sportu, po prostu szok dla nas. Andrzej był idolem.

W 1971 roku dostałem propozycję i przeniosłem się do Torunia, do Elektryka (mieszkałem nadal w Gniewkowie). To był dobry ruch w mojej sportowej karierze, bo mogłem dalej się rozwijać. Tutaj treningi były profesjonalne, dwa razy dziennie. Spotkałem też zawodników lepszych ode mnie, prezentujących różne style gry. Mieliśmy na tamte czasy super warunki do szkolenia, ponieważ patronat nad klubem sprawowały Zakłady Energetyczne w Toruniu. Zespół był połączony jak dwa ogniwa: rutyna (Jurek Putz, Wiechu Klimek i ja) oraz młodość (Piotr Zieliński i Zdzicho Felski). Dało to upragniony awans do ekstraklasy 8 maja 1978 roku, również przy nadkomplecie publiczności (tylu kibiców nie widziałem do końca mojej kariery, była też duża armia kibiców i przyjaciół z Gniewkowa). Wygraliśmy to spotkanie po pełnej dramaturgii ze Startem Włocławek 10:8, przegrywając na początku 1:4. Potem wygraliśmy sześć partii z rzędu, wraz z deblami (z Jurkiem Putzem przez cały sezon nie przegraliśmy partii, a tutaj po pierwszym przegranym secie w drugim przegrywaliśmy 16:20, ale rutyna jeszcze raz wygrała z młodymi wilkami). Przy stanie 10:6 mecz został przerwany, ponieważ entuzjazm kibiców był tak duży, że uniemożliwił rozegranie dalszych partii.

Warto było każdy dzień poświęcić na naukę, higieniczny tryb życia oraz trening (pobudka 6.00 i powrót do Gniewkowa 21.00). Otrzymaliśmy od firmy Energetyk oraz Urzędu Miasta Toruń dobre gratyfikacje finansowe oraz przydział na mieszkanie M-3. Poziom sportowy w ekstraklasie to była wysoka półka, jak Euroliga. Liga liczyła tylko osiem zespołów, w tym jeden zespól z Gdańska (Grubba, Leszek Kucharski) i Łodzi (bracia Frączyk i Andrzej Domicz), a pozostałe ze Śląska (wiadomo dlaczego – były tam etaty górnicze). Bardzo potrzebowaliśmy jednego dobrego zawodnika, jakim był Marek Skibiński. Studiował na UMK w Toruniu, ale AZS Gliwice przebił nas w końcowych rozmowach (etat górniczy plus premie). W każdym zespole byli reprezentanci kraju lub rutyniarze, jak Holdek Woźnica lub Marek Grzanka (obaj zdobyli w jednym roku mistrzostwo Polski juniorów i seniorów – ewenement!). Ten okres wspominam bardzo miło, ponieważ mogłem grać z najlepszymi zawodnikami w tamtym okresie w Polsce, a takie było moje marzenie. Ograłem wielokrotnego mistrza Polski, ikonę tenisa stołowego w Polsce Janusza Kusińskiego. Grał on też w meczu w Gniewkowie w Domu Kultury przy ul. Toruńskiej z zespołem z Lublany (wtedy Jugosławia), ponieważ służył w wojsku w Toruniu). Pokonałem też Staszka Frączyka, człowiek po chorobie Heinego-Medina, który był mistrzem Polski i Austrii. W Stockerau (Austria) wystawili mu pomnik za życia – hala sportowa nazywa się Stani Fraczyk Arena. To mistrz świata weteranów i zdobywca siedmiu medali igrzysk paraolimpijskich. Cieszę, że właśnie takich wspaniałych ludzi poznałem jako człowiek z małego miasteczka Gniewkowo, które zawsze było i jest w mojej pamięci.

O tenisie stołowym mógłbym napisać książkę. Podczas  kariery sportowej w Toruniu poznałem moją żonę Sabinę, która z powodzeniem uprawiała wyczynowo piłkę ręczną, grając nawet w reprezentacji Polski. Dlatego sport był i jest naszą wspólna rodzinną pasją. W latach 80. zakończyłem z różnych względów karierę zawodniczą, ale marzyłem, by móc spłacić dług Ryszardowi Skowrońskiemu oraz zrobić coś jeszcze dla Gniewkowa. Okazja nadarzyła się po pięciu latach, gdy mój przyjaciel Błażej zadzwonił i złożył mi propozycję wspólnej gry dla Gniewkowa. Błażeja zawsze traktowałem jak brata, super gość. Ten okres był chyba najmilszy w życiu. Namówiłem do pomocy i gry swojego partnera z debla Jurka Putza i w bardzo krótkim okresie Gniewkowo świętowało awans do II ligi. Polskę obiegła opinia, że bardzo trudno jest wygrać z nami w Gniewkowie w „Arenie Bóżnica”, bo atmosfera stworzona przez publiczność była niepowtarzalna. Po prostu kocioł! Na meczach były tłumy kibiców, nawet sprzedawano karnety, ale musieliśmy przenieść się do SP nr 2, bo nasza hala była za mała dla publiki.

Duży wpływ na rozwój nie tylko tenisa stołowego, ale całego sportu gniewkowskiego miał prezes PSS Społem Zdzisław Tyburek (urodzony menedżer sportu i biznesu). Z perspektywy czasu myślę, że obaj za szybko się urodziliśmy. Na pewno Gniewkowo miałoby więcej z nas pożytku i pociechy. Ryszard (pozwolił mi zwracać się do Niego w ten sposób) nigdy nie myślał, że Gniewkowo będzie miało II ligę. Spełniły się Jego marzenia, bo mało kto na to zasłużył tak jak Ryszard, to On był dla nas wzorem i pomagał nam na trudnych życiowych zakrętach.

W międzyczasie przeszedłem dramat osobisty, ponieważ w ciągu czterech lat umierają moi bracia Józef, Andrzej i Ryszard, a ja muszę zaopiekować się chorą mamą. Jestem rozbity psychicznie i fizycznie. To, co robiłem dotychczas spontanicznie, nie dawało mi takiej satysfakcji, jaką miałem wcześniej. Na kilka lat w wyniku przeżyć osobistych wyłączyłem się zupełnie z życia sportowego i publicznego. Czas nie leczy wszystkich ran, tym bardziej, gdy traci się najbliższych. Mając więcej czasu poświęcam się wychowaniu synów. Dało nam to wspólne owoce w postaci ich wykształcenia w USA. Po długiej przerwie jednak w roku 1995 roku za namową przyjaciół wracam do sportu i zostaję kierownikiem zespołu koszykówki AZS-Elana Toruń. Było to dla mnie nowe wezwanie, ponieważ w tym okresie rozpoczyna się boom na koszykówkę w Polsce. Przyjeżdżają zagraniczni zawodnicy z wysokiej półki, z różnych stron świata, którzy w kolekcji mają medale olimpijskie lub medale mistrzostw Europy i świata.

Z Jamalem Faulknerem i Rickym Robinsonem.

Podczas tej pracy pamiętam również o Gniewkowie. Dzięki dużemu zaangażowaniu prawdziwych przyjaciół sportu w Gniewkowie, do których zaliczam Tadeusza Maciejczyka i Zbyszka Stępowskiego, udaje się stworzyć zespół Harmattan Gniewkowo, który swoimi sukcesami wpisał się w koloryt koszykówki na Kujawach. Dużo nie brakowało, by zespół awansował nawet do I ligi, to byłaby megasensacja! Właśnie dzięki tym dwóm panom Gniewkowo w latach 1998 i 1999 gościło czołowe zespoły z ekstraklasy koszykówki (m.in. Mazowszanka Pruszków z młodym Czarkiem Trybańskim, który został wkrótce pierwszym polskim zawodnikiem w NBA, podpisując w 2002 roku trzyletni kontrakt z zespołem Memphis Grizzlies, opiewający na kwotę 4,8 mln dolarów, Trefl Sopot czy Stal Ostrów). W tych turniejach występowało wielu znakomitych zawodników m.in. Darius Maskoliunas, Walter Jeklin, Dejan Misković, Zoran Sretenović, Tyrice Walker. To były gwiazdy naszej ligi, stojące za rozwojem naszej dyscypliny wraz z reprezentantami Polski: Dariuszem Parzeńskim, Markiem Sobczyńskim, Tomaszem Jankowskim, Andrzejem Plutą i wieloma innymi wspaniałymi zawodnikami, z którymi do dziś utrzymuję dobre koleżeńskie kontakty. Myślę, że to był najlepszy okres promocji naszej gminy. Bardzo dziękuję Zbyszkowi i Tadziowi oraz wszystkim sponsorom za wspaniałe chwile, jakie mogło przeżyć społeczeństwo Gniewkowa i okolic. To była wspaniała publiczność. Nigdy też nie myślałem, że tak pokocham koszykówkę i zapomnę o tenisie stołowym. Po ostatniej partii wieczoru z moim przyjacielem Błażejem w Gniewkowie rakietkę schowałem do stolika nocnego i pomimo różnych próśb kolegów, abym zagrał w mistrzostwach amatorów nigdy nie dałem się namówić. To była dobra decyzja, bo zawsze uważałem się za zawodowca. Leży tak w pokrowcu ponad 20 lat. Wracając do koszykówki – to był dla mnie piękny okres w życiu. Ta praca i poruszanie się w kręgu tej dyscypliny dały mi bardzo wiele. Poznałem specyfikę funkcjonowania różnych klubów (od amatorskich do profesjonalnych, zarządzanych jak firma), marketingu oraz zasad zawierania umów i kontraktów. Zawsze trzeba uczyć się od lepszych i być wiarygodnym finansowym partnerem. Dotyczy to szczególnie wypłacania pieniędzy w terminie zawodnikom i pracownikom.

Przygoda z AZS-Elana Toruń trwała ponad pięć lat. To była dobra robota, wymagająca dużego zaangażowania, poświęceń oraz wiązała się z dużym stresem. Jest co wspominać, ale to może zostawmy na inny okres, bo jest wiele zabawnych sytuacji i anegdot związanych z zawodnikami zagranicznymi. Na moją decyzję wpłynęło wycofanie się sponsora strategicznego Elany, ale udało mi wraz z moim przyjacielem menedżerem Zdzisławem Markuszewski dopiąć budżet oraz dograć rozgrywki play-off do końca sezonu. Sport zawodowy jest brutalny. Moje motto życiowe to „nie możesz wydawać więcej niż masz w kasie”. Niestety, nasze warunki ekonomiczne w kraju i ustawy nie sprzyjają promowaniu się poprzez sport. Wnioski wyciągnięte z pracy w klubie AZS-Elana Toruń przydały mi się w przyszłości w kierowaniu kameralnym młodzieżowym klubem MKS Zryw Toruń, którego prezesem jestem do dnia dzisiejszego.

Pragnę spłacić dług wdzięczności, ponieważ podczas pobytu w USA moich synów (wyjechali na stypendia właśnie dzięki uprawianiu koszykówki)  pomogło im wielu życzliwych Amerykanów. W pojedynkę nie było mnie stać na ich edukację oraz opiekę.

Z synami.

Dlatego prowadzenie tego klubu jest odskocznią od życia codziennego. Mogę pomagać oraz wspierać różne projekty dla dzieci i młodzieży w Toruniu. Byłem autorem pomysłu utworzenia klas sportowych koszykówki na Podgórzu, które finansuje miasto Toruń. Trudna i specyficzna dzielnica, ale po latach jest ogromna satysfakcja, bo dzięki sponsorom i klubowi można pomóc dzieciom. W tych trudnych czasach nie ma złych dzieci, są tylko źli rodzice. Minimalizm wynosi się z domu. Zosię czy Janka trzeba uczyć od małego, a nie gdy mają już np. po 14 lat! Młodzież w tych czasach ma wszystko do uprawiania sportu: hale, orliki czy sprzęt sportowy, o którym moje pokolenie mogło pomarzyć. Niestety, nie chcą ciężko pracować na swój sukces, a sport daje duże możliwości życiowe. Ostatnio mój wychowanek dzięki sportowi dostał dobrą pracę, bo szef kocha koszykówkę. Pamiętam rozgrywki szkół średnich 15 lat temu. Na meczach były komplety publiczności (uczniów i rodziców). Finał na popularnym Spożywczaku oglądał nadkomplet publiczności. Mało tego – była I liga i II liga szkół średnich. Teraz 10 średnich zespołów i koniec. Wiele do życzenia pozostawia jakość zajęć z wychowania fizycznego w szkole. Dlatego trudno nam osiągać sukcesy w grach zespołowych. Przekonać grupę do wyrzeczeń oraz odwieść od pokus spotykanych na co dzień, to już problem. Dlatego nam coś się udaje raz na 20 czy 30 lat i z tego się cieszymy! Badania mówią, że aby wychować reprezentanta kraju, trzeba szkolić 4–5 tysięcy dzieci. Może wśród nich będzie ten jeden. Znam to z własnego doświadczenia, bo w ciągu 15 lat, gdy jestem prezesem (a właściwie ojcem, sprzątaczką, praczką; świadczę też inne usługi na rzecz moich wychowanków) przez klub przewinęło się około 2,5–3 tysiące zawodniczek i zawodników, a tylko jednemu Łukaszowi Wiśniewskiemu udało się zrobić karierę.

Z Łukaszem Wiśniewskim.

Sportowo obudował się zresztą właśnie w Gniewkowie. Potem zdobył z Turowem Zgorzelec tytuł mistrza Polski, grał też w mistrzostwach Europy. Śmieję się i odpowiadam znajomym, że łatwiej wychować księdza, bo dwóch moich wychowanków zostało powołani do tej misji, niż reprezentanta Polski.

Z Łukaszem Wiśniewskim.

Od 15 lat jestem głównym organizatorem Memoriału Wojtka Michniewicza w koszykówce. To były zawodnik AZS-Elany Toruń, którego poznałem podczas pracy. Wspaniały człowiek i zawodnik na pozycji rozgrywającego, student prawa. Zachorował, a nowotwór był na tyle złośliwy, że Wojtek żył tylko 24 lata. Rozpoczynałem z budżetem 500 zł i myślałem, że to będzie jednorazowy Memoriał dla młodzieży, ale ciągło mnie, by to kontynuować. Memoriały Wojtka mają wspaniała historię. Zapraszam na naszą stronę www.mkszryw.vizz.pl. Od dwóch lat robię Memoriał w obsadzie międzynarodowej. Marzenia nieraz się spełniają. Były już czołowe zespoły z Niemiec (Telekom Bonn), mistrz Czech (BC Nymburk), Szwecji, Rumunii oraz Litwy. Obecnie duży wpływ na poziom sportowy zespołów czy rozwój klubów ma posiadanie odpowiedniej infrastruktury i bazy sportowej, a to leży w gestii władze samorządowych. Akurat w Toruniu po kilku chudych latach udało się prezydentowi Michałowi Zaleskiemu stworzyć odpowiednią bazę sportową. Miasto ma obiekty takie jak: Motoarena, Arena Toruń z bieżnią, gdzie odbywają się lekkoatletyczne zawody Copernicus Cup o najwyższej randze IAAF, Tor-Tor oraz CKK Jordanki. Mają one wpływ na życie kulturalno-sportowe naszego regionu i społeczeństwa.

Koszykówka oraz sport dały mi możliwość spotkania wielu wybitnych sportowców np. Ireny Szewińskiej, Jacka Wszoły, Colina Jacksona (multimedalista w biegu na 110 m przez płotki), czy Tony’ego Rickardssona (sześciokrotny mistrz świata na żużlu) i innych olimpijczyków, z którymi często spotykam się w siedzibie PKOl.

Z Marcinem Gortatem i toruńskim fotoreporterem.

Z Adamem Waczyńskim.

Poznałem też wielu wartościowych ludzi biznesu (z przyjemnością wspominam spotkania z właścicielem Groclinu Zbigniewem Drzymałą, który zbudował od podstaw zawodowy klub piłkarski, stadion oraz hotel w małym miasteczku Grodzisku Wielkopolskim) i polityki, od których można się nauczyć, także jak nie powielać ich błędów życiowych. Jedną z moich zalet było i jest poznawanie ludzi, przy okazji uczyłem się od nich profesjonalizmu oraz negocjacji. Dzięki kontaktom z Arkiem Konieckim (wybitny trener koszykówki, prowadził żeńską i męską reprezentację Polski czy Śląsk Wrocław) mój syn Damian mógł wyjechać i uczyć się w Stanach Zjednoczonych oraz grać w koszykówkę w drużynach uniwersyteckich NCAA. Był pierwszym torunianinem, który wyjechał uczyć się koszykówki do USA. Niestety, kontuzja łokcia zakończyła jego sportową karierę, ale umożliwiła ukończeniu  studiów (zrobił Master of Business Administration i inne kierunki). Obecnie mieszka w Orlando. Drugi syn Daniel po kilku latach chciał iść drogą brata, który przetarł szlak. Miał już ułatwiony start życiowy. Grał z powodzeniem w koszykówkę w szkole średniej w Omaha. Potem jednak doszedł do wniosku, że kariery sportowej nie zrobi i poświecił się nauce. Ukończył z wyróżnieniem University of Nebraska – CFA.

Daniel i Damian Kłosowscy.

Spełniły się marzenia moje oraz synów, którzy pragnęli zobaczyć, na czym polega profesjonalizm sportowy, dążenie do sukcesu i jakie bariery trzeba w życiu pokonać, aby to osiągnąć. To była dla nich dobra lekcja, którą będą pamiętać na całe życie. Tylko praca, praca, a efekty muszą przyjść. Motto życiowe dla młodzieży, która pragnie uprawiać sport:

„Bierz od świata, to co Ci daje, ciesz się z tego co masz…

A każdy dzień i minutę traktuj tak samo,

Kochaj ją, bo inaczej od Życia wymagasz za mało”.

Nigdy nie chciałem być trenerem, ponieważ wolę robić to, co potrafię najlepiej. Dziś posiadam taką wiedzę, że mógłbym zostać menedżerem, ale czas za szybko biegnie i przychodzi chwila refleksji. Dlatego każdy dzień pragnę wykorzystać na maksa oraz zadbać o zdrowie, bo sport wyczynowy dał mi się we znaki. Zawsze byłem dumny, że urodziłem się i moje korzenie są w Gniewkowie, ale Toruń jest moim prawdziwym domem, ponieważ mam dużo znajomych, kolegów oraz przyjaciół.

Na zakończenie odpowiem na Wasze pytania krótko:

Skąd znają pana gniewkowianie?

Gniewkowianie to kiedyś była jedna rodzina, jak w piosence. Teraz to tak wszystko się zmienia, ale może grupa byłych kolegów mnie wspomina... Że tutaj kiedyś był taki Roman Kłosek, który dobrze grał w ping-ponga.

Gdzie pan obecnie mieszka i czym się zajmuje?

Tak jak pisałem mieszkam w Toruniu i wkrótce przeprowadzę się do nowego apartamentu na Stawkach. Od 15 lat jestem prezesem KMS Zryw Toruń (umownie – od zdobywania środków finansowych  na działalności klubu oraz do załatwienia wszystkiego, co rodzice nie potrafią, a może nie chcą?).

Ulubione miejsce w Gniewkowie?

Najlepsze miejsce to był Park Miejski, gdzie odbywały się majówki z orkiestrą Lorków.

Najmilsze wspomnienie związane z Gniewkowem?

Mecz z zespołem Aktivist Stassfurt jako zawodnik, który miał 13 lat. Także poznanie pana sekretarza klubu Mariana Teppera, trenera Ryszarda Skowrońskiego, wojewodę Stanisława Kubczaka oraz prezesa Zdzisława Tyburka. Często spotykam się z księdzem Grzegorzem Radziszem, który był wielokrotnym mistrzem Polski księży. Teraz hit, bo znowu, po ponad 30 latach, mam kontakt ze wspaniały człowiekiem z Gniewkowa, który był moim ulubionym lekarzem tj. dr Aleksandrem Kamińskim.

Czego z Gniewkowa najbardziej panu dziś brakuje?

Brakuje mi drzew, które wycięto wokół cmentarza. Chciałbym poznać człowieka, który wydał taką decyzję. Myślę, że to brak wyobraźni. Nikt nie zadbał, aby ten cmentarz miał swój kameralny urok, tak jak wyglądał przed wycięciem tych drzew, a minęło niestety już wiele lat!

Jak pan ocenia czas spędzony w Gniewkowie?

To wspaniałe chwile okres młodzieńczego, życia bez stresu! Wszyscy mieszkańcy wokół Rynku, to była jedna wspaniała rodzina!

Czy chętnie wróciłby pan do Gniewkowa? Jeśli tak, to w jakiej roli?

Z różnych względów na pewno wrócę, ale oby było to jak najpóźniej!

--------------------

O kim chcieliby Państwo przeczytać w kolejnych odcinkach? Piszcie w komentarzach lub na redakcja@gniewkowo.eu.

[ZT]926[/ZT]

[ZT]893[/ZT]

(S.T)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (9)

Sylwia KotarskaSylwia Kotarska

0 0

Znam osobiście Pana Romana - cudowny człowiek i przyjaciel wszystkich dzieciaków, które spotyka na swojej drodze. Wielki szacunek i pozdrowienia. Panie Prezesie to jest piękna historia. :-)
21:53, 03.02.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

:):)

0 0

Prezes Roman Kłosowski to człowiek legenda! 22:44, 03.02.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

RafffRafff

0 0

I legendarne kurrrrwaczaki. Pozdrowienia dla Prezesa! 16:32, 05.02.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

Robert Z.Robert Z.

0 0

Znam człowieka, teraz poznałem jego historię. Szanuję go za zaangażowanie w pracy, za serce do młodzieży, i za cierpliwość. Pozdrawiam i życzę zdrowia. 22:53, 05.02.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

PrezesPrezes

0 0

świetny artykuł i kawał historii ale z tym cyt: "prezes PSS Społem Zdzisław Tyburek (urodzony menedżer sportu i biznesu)" to lekka przesada. Po spółdzielni ani śladu, po zmianach ustrojowych jedna z pierwszych do upadłości, więc to żadem menedżer... 14:48, 06.02.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

PrezesPrezes

0 0

świetny artykuł i kawał historii ale z tym cyt: "prezes PSS Społem Zdzisław Tyburek (urodzony menedżer sportu i biznesu)" to lekka przesada. Po spółdzielni ani śladu, po zmianach ustrojowych jedna z pierwszych do upadłości, więc to żadem menedżer... 14:49, 06.02.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

KDKD

1 0

Wielki człowiek z miłością do sportu i młodzieży! Zawsze można liczyć na jego pomoc w każdej sytuacji. Gdyby nie on toruński sport nie byłby taki sam. Pozdrawiam KD 13:39, 10.02.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

nauka sportnauka sport

0 0

Najlepszy człowiek jakiego miałem szczęście poznać. Pozdrawiam! 13:41, 10.02.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

SprawaSprawa

0 0

Sprawa jest polityczna! 00:07, 15.02.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
REKLAMA
© gniewkowo.eu | Prawa zastrzeżone | 2018